Koncert Flamenco z okazji Dnia Andaluzji

with 4 komentarze

Czyli o tym, jak Polka tańczyła Sewilczykom flamenco 28 lutego w dniu ich święta…

… i tylko cudem dotarła na miejsce imprezy! A więc pierwszy post z cyklu Przygody Tancerki Flamenco.

Pewnie zastanawiacie się, czy zawiódł transport publiczny, złapałam gumę w oponie roweru, zatrzymano ruch z powodu antykryzysowych manifestacji, czy też nie stać mnie było na taksówkę? Bardziej złośliwi na pewno podejrzewają mnie o zbyt dużo fiesty dnia poprzedniego, ewentualnie o przedawkowanie siesty lub tapas 🙂

Rzeczywistość przerosła jednak wyobraźnię – moją przynajmniej, choć do tutejszych zwyczajów po pięciu latach powinnam już była się przyzwyczaić. A więc było to tak:

Koncert Flamenco z okazji Dnia Andaluzji, Sewilla, luty 2014. fot. Fvega
Koncert Flamenco z okazji Dnia Andaluzji, Sewilla, luty 2014.

11:45 (90 minut do pokazu)

Siedzę wciąż w salonie – uczesana, pomalowana, walizka spakowana. Nie wiedząc wciąż jednak tego, gdzież to nasz pokaz się odbędzie!

Tak, wiem, powiecie: „Przesadzasz, przecież w Andaluzji wszystko zaczyna się później”. Fakt. Las diez flamencas („22:00 flamenco”) to w praktyce najwcześniej 23:00. Dlatego zachowałam zimną krew i spokojnie czekałam. Nie wiedziałam jeszcze, że tym razem występ rozpocznie się punktualnie o 13:15. Spokojnie wpatrywałam się w moje telefony i od czasu do czasu próbowałam dzwonić. Nikt nie odbierał. Oczywiście od kilku dni usiłowałam dowiedzieć się, co, gdzie i jak, lecz poznałam tylko godzinę i byłam przeganiana od muzyka do muzyka niczym bohater Vuelva usted mañana  (Niech pan wróci jutro, 1833) Mariano José de Lary.

 11:55 (80 minut do pokazu)

Jeden z gitarzystów w końcu odebrał telefon. Dowiedziałam się, że również nie wie, gdzie mamy zagrać. Znał przynajmniej dzielnicę. Zawsze coś.

12:15 (60 minut)

Umówiliśmy się więc w autobusie, by pojechać na drugi koniec Sewilli. Jechaliśmy dwa razy dłużej, niż zwykle. Manifestacja.

fot. Agnieszka Łobodzińska www.lobodzinska.pl
fot. Agnieszka Łobodzińska www.lobodzinska.pl

12:40 (35 minut)

Tu zaczyna się najlepsze. Ja i dwaj gitarzyści rozpoczęliśmy rozpytywanie przechodniów o obchody Dnia Andaluzji. Odwiedziliśmy więc różne miejsca – kościół oraz siedzibę stowarzyszenia mieszkańców dzielnicy. Mili panowie przed budynkiem poinformowali nas, że koncertu flamenco wprawdzie na dziś nie planowali, ale bardzo chętnie szybko przygotują dla nas scenę.

12:55 (25 minut)

Dziesięć minut i kilku przechodniów później dotarliśmy we właściwe miejsce… gdzie okazało się, że wszystko gra, ale brakuje jeszcze trzech osób z naszego zespołu. Chłopaki postanowili więc wypić po piwku. Ja głęboko odetchnęłam i usiadłam z nimi.

[Niestety nie będzie tu zdjęcia pod tytułem”Nigdy nie jest za późno na szybkie piwko”.]

13:05 (10 minut)

Przyszła jedna ze śpiewaczek. Ja straciłam hart ducha i jednak jako pierwsza poszłam się przebrać, kiedy zauważyłam, że na scenie są już ci, którzy w programie byli przed nami.

13:10 (5 minut!)

Zespół w komplecie pojawił się w garderobie. Wszystko jest więc pod kontrolą. Pozostaje jedynie… ustalić repertuar! To normalka, więc specjalnie się nie przejęłam. Poza tym, już od dawna obwieszczałam wszem i wobec, że tańczę styl alegrías. Na schodach wiodących ku scenie ustaliliśmy, kto bierze na siebie jakie palo (styl). W takich sytuacjach wyobrażam sobie solistów orkiestry filharmonii, którzy w windzie mówią: „Dobra, Stasiek, grasz coś z Mozarta a ja coś z Szopena”.

fot. Agnieszka Łobodzińska www.lobodzinska.pl
fot. Agnieszka Łobodzińska www.lobodzinska.pl

13:15 Gramy!

I to punktualnie, choć to niespotykane. Nikt nie strzelił szczególnej gafy, nie przewróciłam się, ani nie zaplątałam w mantona (chustę) a nawet nikt z kolegów nie rzucał sobie tych zabójczych spojrzeń oznaczających: „Co ty k… grasz/śpiewasz/tańczysz??” lub „Przecież teraz miała być druga zwrotka!!”. Dostałam brawa i kilka obowiązkowych komentarzy typu: „To niemożliwe, że jesteś z Polski”. Występ uważam więc za udany!

Historia wydarzyła się pod koniec lutego i zrobiła na mnie wrażenie. Opisałam ją na gorąco i teraz w październiku tylko lekko poprawiłam. Muszę przyznać, że dziś już mnie ona specjalnie nie szokuje. Wydarzyło się już bowiem o wiele wiele więcej. Ale o tym przy następnej okazji. 🙂

4 Responses

  1. lamodalena
    | Odpowiedz

    Emilka, wreszcie do Ciebie dotarłam! gratuluję tak świetnego startu! felieton super i już jestem ciekawa dalszych Twoich przygód;)
    Zawsze będę strasznie żałować, że skradła nam Cię Sewilla! To dla nas wielka strata!!!
    Buziaczki 🙂

    http://lamodalena.blogspot.com/

    • Emilia Dowgiało
      | Odpowiedz

      Przecież przyjeżdżam co jakiś czas! 🙂 Dziękuję za miłe słowa. Teraz już wiem, że pisanie bloga to ciężka praca i tym bardziej Cię podziwiam, że robisz to tak dobrze!!!

  2. Madre
    | Odpowiedz

    A ja dopisze cos do tego opowiadania bo z pewnoscia czytelnikom wydaje sie to niemozliwe jak mozna nie wiedziec gdzie maja wystep artysci umowieni na koncert danego dnia i o danej godzinie .Nasza grupka polska mieszkajaca w Sevillii postanowila sie spotkac ,zeby uczcic Dzien Andaluzji .I dowiedzielismy sie od Leny dzien wczesniej ,ze bedzie miec wystep nasza rodaczka tanczaca pieknie flamenco Emilia Powiem Wam tylko ze nasze komorki zrobily sie czerwone jak rozpalone cegly od wiadomosci przekazywanych sobie od rana gdzie mamy sie spotkac ,zeby kibicowac Emilce w wystepie .Kiedy Lena po raz 4 zmienila nam adres bo jak sie teraz okazalo nawet sama postac glowna czyli Emilka nie wiedziala gdzie bedzie tancowac , musielismy zmienic plan i poszlismy na piwo z wielkim zalem ale nie bylibysmy w stanie dojechac za godzine wszyscy z roznych stron miasta nie znajac dobrze adresu .Cosas de Andalucia

    • Emilia Dowgiało
      | Odpowiedz

      Tak, to był bardzo dziwny dzień… ale w Andaluzji takie dni zdarzają się często! Wtedy nam się nie udało, ale całe szczęście, że już niedługo później poznałam się z Wami. 🙂

Leave a Reply